23 czerwca 2014, 21:48 Komentuj (0)

Chciałem tylko przypomnieć, że w kwietniu 2015 r. ruszam w długą wędrówkę. Zaczynaw w Suwałkach i idę na zachód. Cała polska, później Berlin, Amsterdam, Bruksela, Paryż, przez Pireneje do Hiszpanii i 800 km do Atlantyku.  

5 miesięcy urlopu, ok. 4500 km do przejścia.

 Tak naprawdę to przypominam sam sobie, żeby podtrzymać motywcję.

05 stycznia 2014, 11:19 Komentuj (1)

W wigilię miałem gościa.

Trafiłem na ciąg miejscowości - jedna się kończyła, kolejna zaczynała. Trwało to kilka dobrych kilometrów, a mapa mówiła, że potrwa jeszcze kilkanaście. Dom, przy domu, czasem przeplatane polami kapusty, czy innej kukurydzy. W każdym razie - nie ma gdzie spać. Zobaczyłem znak informujący o jakimś motelu, czy zajeździe i uznałem, że w drodze wyjątku prześpię się pod dachem. Dotarłem do tego przybytku, ale szyld z informacją: "Promocja weekendowa - 150 zł za pokój", skutecznie mnie od pomysłu odwiódł... Wróciłem na drogę, rozglądając się za dogodniejszym (i tańszym!) miejscem. Po kilkunastu minutach, po prawej stronie mijałem pole, albo raczej polanę - dziko zarośnięta - za którą rósł zagajnik, czyli to, czego szukałem. Kiedy przechodziłem przez to pole, w pewnym momencie mało zawału nie dostałem, bo wyskoczył na mnie z tych traw jakiś bażant, albo inna kuropatwa.
W zagajniku rozłożyłem się na noc, wśliznąłem do śpiwora i tradycyjnie, przez kilka minut kręciłem się, żeby znaleźć najwygodniejszą pozycję dla obolałych nóg, jednocześnie nasłuchując i rejestrując otaczające mnie dźwięki. Nie wiem nawet kiedy usnąłem, ale w pewnym momencie obudziłem się i usłyszałem nowy hałas - coś się do mnie najwyraźniej zbliżało. Leżę i słucham, żeby się upewnić, ale tak - coś się do mnie zbliża. Co więcej, zatrzymało się przy wejściu pod pałatkę. Przekręcam się na bok,. żeby wyjrzeć na zewnątrz i widzę nogi. Nogi człowieka, konkretnie...
Szybko się podnoszę, jedną ręką próbuję rozpiąć śpiwór, jednocześnie drugą szukam latarki i słyszę: "Dobranoc", po czym facet się odwrócił i odszedł.
Wygramoliłem się ze śpiwora, włożyłem buty, wyskoczyłem spod pałatki i z latarką zacząłem się rozglądać. Nie widzę kolesia, więc obszedłem swoje obozowisko, rozejrzałem się po zagajniku i na mijanym wcześniej polu i nic... Gość się rozpłynął.
Wróciłem do swoich rzeczy, powciskałem je do plecaka, pałatkę tylko przez ramię sobie przerzuciłem i zwinąłem się stamtąd. Uznałem, że lepiej nie zostawać, na wypadek, gdyby tamten facet za mocno świętował i postanowił w nocy sprawdzić z kolegami, co u tego gościa z lasu... Także wróciłem na drogę i po kilku kilometrach udało się znaleźć podobny zagajnik, tym razem bez niespodziewanych gości.

29 grudnia 2013, 15:09 Komentuj (0)

Zacznę od końca, czyli od dziś.


Nie udało się.

Wrocław : Ja
2 : 0

Dziś rano miałem 70 km do warszawy + ok. 25 do domu, co w (jak łatwo policzyć :P) daje ponad 90 km. Spoko - dłuższe dystanse pokonywałem w ciągu doby. Z tym, że teraz to był siódmy dzień wędrówki, więc do domu dotarłbym pewnie ok drugiej - trzeciej w nocy, a jutro do pracy trzeba wstać. Dlatego doszedłem tylko do Mszczonowa (ok 20 km) i wsiadłem w PKS.
Zły niby nie jestem, ale małe rozczarowanie, gdzieś tam, w środku jednak jest.

Aha...

 Dla tych, którzy myślą, że wsiadłem w PKS po siedmiu dniach wędrówki śmierdzący - nie do końca...
Przed Mszczonowem zjadłem śniadanie pod dużym, żółtym M, gdzie w umywalce się oporządziłem i przebrałem w czyste ciuchy, które noszę na taką właśnie okazję. Umywalka nie zastąpi, co prawda prysznica, ale wtedy nie mogłem zrobić nic więcej.
Mimo tych zabiegów, miałem wrażenie, że każdy wsiadający do autobusu, niezależnie, którymi drzwiami (ja siadłem z tyłu) patrzy się na mnie dziwnie i kręci nosem... wstyd mi było strasznie i gotów byłem przy najmniejszej uwadze któregoś z pasażerów, wycofać się do wyjścia bijąc pokłony karne i wtypiertalać w półprzysiadach na najbliższym przystanku, ale nikt mi uwago nie zwrócił, więc obyło się bez upokorzenia. Do tej pory nie wiem, czy rzeczywiście nie śmierdziałem, czy ludzie po prostu nie lubią / nie mają odwagi zwrócić komuś uwagę.
A może gdyby teraz przejrzeć FB, czy Tweetera, znalazłoby się kilka wpisów typu:

- Ale rano jebało od gościa z plecakiem w 521...
- No, do tej pory mnie oczy szczypią...
- A widzieliście jakie miał nogawki ufajdane?!

Itp.

A nogawki mogę wytłumaczyć. Dziś rano, wiedziony swym niezawodnym zmysłem orientacji, postanowiłem skrócić sobie drogę i zboczyłem nieco z twardego szlaku, przedzierając się przez las. Pech chciał, że przez ten las płynął strumyk (miał nazwę, więc może to rzeczka była...?), szeroki na ok 3m. pewnie dlatego droga zakręcała. mostku żadnego nie było, ale zauważyłem zwalone drzewo, spinające oba brzegi. Uznałem, że ten mokry i śliski pień mi wystarczy. Nie chciałem ryzykować rzutu plecakiem, więc z całymi 20+ kg na plecach... Wpierdoliłem się do wody, w połowie drogi. Na szczęście sięgała tylko do kolan, więc jedynie buty i nogawki ucierpiały.

Aha 2...

 Idąc robiłem zdjęcia drogi przed sobą, więc postaram się w najbliższych dniach posklejać je w pokaz slajdów, do
łączyć muzykę i będzie można się ze mną przespacerować z Wrocławia do Mszczonowa. Wirtualnie, oczywiście.

Aha 3...

Jeśli ktoś ma namiar na darmowy program, w którym można prawie 5000 zdjęć upchnąć w 3 - 4 minuty (zależy od muzyki), to poproszę namiar.


To właściwie tyle. Kontuzji nie odnotowano, poza otarciem nad lewą piętą i sporym guzem (?) w tym miejscu i kilkoma pęcherzami na palcach, które i tak dawno popękały.


22 grudnia 2013, 11:06 Komentuj (0)

Niedziela :D


o 23:05 mam pociąg do Wrocławia. Na miejscu powinienem być przed szóstą rano, a później już tylko 350 km spaceru do domu. Przez Piotrków Trybunalski.
Pogoda idealna - ok 5 stopni. Nowe buty przyszły wczoraj, plecak już spakowany. Teraz tylko siedzę i czekam...

19 grudnia 2013, 21:36 Komentuj (1)

Święta nareszcie!

Nie obchodzę Świąt - po prostu cieszę się, że wreszcie będę miał okazję pobyć sam.
oczywiście, jak co roku, słyszę:
- jak to nie będzie cię na wigilii?
- a od kiedy ty świąt nie obchodzisz?

Ale dobra, ja o czym innym miałem tutaj...

Wrocław - Warszawa, podejście drugie.
Poprzednio nie wyszło, bo oskalpowałem sobie pięty, ale tym razem powinno się udać.

Skasowałem poprzednie wpisy, bo dopadł mnie ogólny wkurw, a poza tym były raczej żałosne...

Miałem nadzieję, że ten blog będzie wyglądał trochę inaczej, że będę więcej pisał o swoich wycieczkach, bo jest o czym pisać, ale okazało się, że pisanie wychodzi mi tak samo kiepsko jak mówienie. Nienawidzę mówić! Zawsze używam jak najmniejszej ilości słów.

Napisanie tego zajęło mi ponad pół godziny, więc kończę, ale obiecuję (napisałem "obiecóję"), że kiedyś napiszę o psychopacie z siekierą, o nawiedzonym maratończyku, o recydywistach z Malborka, o kilkorgu bezdomnych zastanawiających się w środku nocy nad tym, co mam w plecaku, o niemieckich punkach, albo emerytach podróżujących wokół Polski na skuterze wygranym w konkursie SMS'owym (czyli da się tam wygrać...), czy o rozpiszczanych małolatach, lub niezwykle towarzyskiej ekspedientce w pewnym barze niedaleko Stargardu szczecińskiego....

Ale to wszystko innym razem.
 Nie wiem kiedy. 
Kiedyś.


archiwum

  • 2015

  • wrzesień
  • sierpień
  • lipiec
  • czerwiec
  • maj
  • kwiecień
  • marzec
  • luty
  • styczeń
  • 2014

  • 2013

  • kategorie

    linki

  • Something in the water

  • Yelow bird - Akeboshi

  • Hopeless wanderer

  • © 2003-2007 copyright ownlog.com